Wspomnienia z Białki Tatrzańskiej.

zielone szkolyTo było jakoś w drugiej klasie liceum. Zielone szkoły były wówczas bardzo w modzie i nawet nasza pani wychowawczyni dała się namówić na siedmiodniowy wyjazd do Białki Tatrzańskiej. W założeniu zielona szkoła zakłada naukę, połączoną ze zwiedzaniem, z normalną powiedzielibyśmy wycieczką. Opiekunów na zielone szkoły było trzech, nasza wychowawczyni, która uczyła nas chemii, pani od fizyki, za którą nie przepadaliśmy i pan od wychowania fizycznego. Do tego oczywiście nasza klasa, czyli trzydzieści trzy rozwydrzone osoby. Trzeba było niemal anielskiej cierpliwości żeby okiełznać naszą gromadę. Myśleliśmy, że ta nauka na wyjeździe to przysłowiowy pic na wodę, jednak bardzo się rozczarowaliśmy.

Lekcje były normalne. I tak ledwo znosiliśmy dwie godziny fizyki tygodniowo, kiedy w górach okazało się, że fizyki mamy również dwie godziny, ale niestety dziennie. Do tego oczywiście chemia, a jakże! Jedyną rozrywką były zajęcia z wychowania fizycznego, tutaj przynajmniej mieliśmy jakąś rozrywkę, graliśmy solidarnie w piłkę nożną, w kosza i w siatkówkę. Pan od wychowania fizycznego zorganizował wynajem busów, tak że pojechaliśmy do Zakopanego i wspięliśmy się nad Morskie Oko.

Widoki były niezapomniane, a wędrówka z kolegami ze szkolnej ławy jeszcze na długo zapadła w naszej pamięci. Potem obowiązkowe oscypki i sklepiki, w których niemal każdy zakupił kolorowe długopisy w kształcie ciupag, nimi mieliśmy napisać maturę. Wieczorami paliliśmy ogniska, smażyliśmy kiełbaski i piekliśmy w żarze ziemniaczki. Organizowaliśmy również dyskotekę i prawdziwe podchody.